„Zadzwoniła i krzyczała, że robię z córki nienormalną”
Ewa, polonistka z centralnej Polski, nie zapomni tej rozmowy długo. Zauważyła, że jedna z uczennic wyraźnie wycofuje się na lekcjach, przestaje się zgłaszać, unika kontaktu. Zareagowała tak, jak uczą na szkoleniach: spokojnie, z troską.
- Powiedziałam tylko, że się martwię i że coś może ją obciążać. Nic więcej - wspomina.
Odpowiedź matki była dla niej szokiem. - Przez kilka minut słuchałam krzyku. Usłyszałam, że powinnam stracić pracę, bo „robię z jej dziecka osobę nienormalną” - relacjonuje.
Najbardziej zabolało ją jednak co innego: brak realnego wsparcia ze strony szkoły. - Zostałam sama. Jedyna rada, jaką usłyszałam, to „lepiej nie ruszać tej uczennicy” - mówi.
Presja, która zostaje w głowie
Takie sytuacje nie kończą się wraz z odłożeniem słuchawki. Ewa opowiada też historię młodej nauczycielki matematyki, która próbowała zmotywować ucznia regularnie opuszczającego zajęcia i unikającego sprawdzianów.
- Zamiast rozmowy była fala zarzutów: że się uwzięła, że jest niekompetentna, że prześladuje dziecko - mówi. Po tej konfrontacji nauczycielka zareagowała silnym stresem. Wymiotowała z nerwów w szkolnej toalecie.
Uczeń ostatecznie zmienił szkołę. Emocje i poczucie bezradności zostały.
- Takie telefony nie są wyjątkiem. Coraz częściej słyszymy, że „do niczego się nie nadajemy” - dodaje Ewa.
Szkoła jak firma usługowa?
Zdaniem Romana Lorensa, nauczyciela i eksperta edukacyjnego, źródło problemu tkwi w sposobie myślenia. - Dla części rodziców szkoła stała się firmą, a nauczyciel wykonawcą usługi - tłumaczy.
W tej logice dziecko ma „dowieziony efekt”: dobre oceny, brak problemów, szybkie reakcje na każde potknięcie. - Odpowiedzialność rodzica schodzi na dalszy plan. Dominuje myślenie: „płacę, więc wymagam” - dodaje Lorens.
Jak zauważa, rodzice roszczeniowi często działają bardzo świadomie. - Wiedzą, że presja, eskalacja i straszenie przynoszą rezultaty. To nie zawsze jest emocjonalny wybuch - czasem to strategia.
A może to nie roszczeniowość?
Problem w tym, że granica bywa cienka. Nie każdy rodzic, który zadaje pytania, chce atakować szkołę. Michał, ojciec trzynastolatka, przyznaje, że sam wielokrotnie słyszał, że jest „trudnym rodzicem”.
- Wystarczyło zapytać o sposób oceniania albo poprosić o dokładniejszą informację zwrotną. Zamiast rozmowy czułem, że naruszam czyjś autorytet - mówi.
Jego zdaniem etykieta „roszczeniowy” bywa wygodnym skrótem myślowym, który zamyka drogę do dialogu.
Dziecko między dwoma frontami
Wszyscy rozmówcy zgadzają się co do jednego: największym przegranym w tym konflikcie jest dziecko. - Świadomy rodzic nie podważa kompetencji nauczyciela, tylko zaprasza do rozmowy - podkreśla Ewa. - Bo cel mamy wspólny.
Roman Lorens przypomina też o proporcjach, o których łatwo zapomnieć. - Dziecko spędza w szkole około 35 godzin tygodniowo. Cała reszta to odpowiedzialność domu - zauważa. - Jeśli mamy współpracować, róbmy to uczciwie i po partnersku.
Bo bez zaufania, granic i dialogu szkoła staje się polem bitwy. A to nigdy nie służy tym, którzy powinni być w centrum, czyli dzieciom.