- Ocena jako bat, nie informacja
- „Nie oceniam babć i korepetytorów”
- Praca domowa jako ozdoba w dzienniku
- Dlaczego „wspólne pisanie” nie działa
- Pisanie wraca do szkoły
Coraz więcej pedagogów przyznaje otwarcie: stopnie z prac domowych fałszują obraz nauki, a sprzeciw części rodziców ma często jedno źródło – utratę „łatwych punktów” do średniej.
Ocena jako bat, nie informacja
Najczęstszy argument przeciwników nieoceniania prac domowych brzmi znajomo: bez stopnia uczniowie przestaną się uczyć. To zdanie mówi więcej o systemie niż o samych dzieciach.
W tej logice ocena nie jest informacją zwrotną, lecz narzędziem przymusu. Kijem i marchewką, a nie odpowiedzią na pytanie: co już umiem, a nad czym muszę jeszcze popracować.
Problem w tym, że przy pracach domowych ta funkcja oceny bardzo często przestaje działać.
„Nie oceniam babć i korepetytorów”
Nauczycielka języka polskiego w szkole podstawowej, z którą rozmawialiśmy, od lat nie zadaje tradycyjnych prac domowych. Jak podkreśla, nie ma to nic wspólnego z obniżaniem wymagań.
Jej obserwacja powtarzała się zbyt często, by ją ignorować. Wypracowania oddawane z domu prezentowały poziom, który zupełnie nie pasował do tego, co uczniowie pokazywali na lekcjach. Teksty pisane w klasie i te „domowe” wyglądały, jakby stworzyły je dwie różne osoby.
– Nie mam narzędzi, żeby udowodnić, kto faktycznie napisał tę pracę – przyznaje nauczycielka. – A wystawiając ocenę, tworzę fikcyjny obraz postępów.
Praca domowa jako ozdoba w dzienniku
W efekcie oceniana praca domowa spełnia dziś głównie funkcję dekoracyjną. Dobrze wygląda w e-dzienniku, podnosi średnią, uspokaja rodziców.
Z punktu widzenia dydaktyki mówi jednak niewiele. Co gorsza, później utrudnia uczciwe wystawienie oceny okresowej, bo opiera się na danych, które nie pokazują realnych umiejętności ucznia.
Dlaczego „wspólne pisanie” nie działa
Przez pewien czas nauczycielka próbowała jeszcze traktować prace domowe jako formę nauki we współpracy z dorosłymi. Teoretycznie miało to sens: uczeń pisze, rodzic podpowiada, tekst jest poprawiany.
W praktyce efektów nie było. Pisanie wypracowania to proces twórczy, którego nie da się nauczyć przez poprawianie gotowego tekstu. Uczeń oddawał lepszą pracę, ale jego kompetencje nie rosły.
Pisanie wraca do szkoły
Rozwiązanie okazało się proste, choć kosztowne czasowo. Ciężar pracy pisemnej został przeniesiony na lekcje.
Regularne wypracowania w klasie, krótsze formy, czas na omówienie błędów i informację zwrotną. Dopiero w takich warunkach – jak podkreśla nauczycielka – ocena zaczyna mieć sens. Pokazuje proces uczenia się, a nie skalę domowego wsparcia.
Rodzice żałują… stopni
Reakcje rodziców bywają wymowne. Wielu z nich mówi wprost, że „szkoda prac domowych”, bo dzięki nim dziecko mogło poprawić oceny.
Znacznie rzadziej pojawia się żal za utraconą okazją do wspólnej nauki – bo ta wciąż jest możliwa, tylko bez stopnia.
Z perspektywy szkoły to właśnie ten argument najlepiej pokazuje, jak bardzo wypaczony bywa sens oceniania.
Prace domowe – tak, ale bez przymusu
W tej filozofii prace domowe nie znikają całkowicie. Zmienia się ich rola. Stają się zadaniami dla chętnych – bez obowiązku i bez ocen.
To przestrzeń dla uczniów, którzy chcą ćwiczyć więcej albo wiedzą, że tego potrzebują. Wiedza zdobyta w ten sposób i tak zostanie sprawdzona później – na sprawdzianie, który pozostaje właściwym momentem oceniania.
„Na lekcji naprawdę jest czas”
Argument, że bez prac domowych „nie da się ćwiczyć”, nauczycielka kwituje krótko: na lekcji jest czas. Ćwiczenia, powtórki, praca z tekstem – wszystko to można zrealizować w klasie, jeśli ograniczy się mniej efektywne działania.
Powtórki przed sprawdzianami również zostają – z tą różnicą, że towarzyszy im informacja zwrotna, a nie kolejny stopień.
O co naprawdę toczy się ten spór
Debata o nieocenianiu prac domowych nie dotyczy lenistwa uczniów ani obniżania poziomu nauczania. Dotyka znacznie głębszego pytania: czy szkoła jest gotowa odejść od logiki „zrób, bo dostaniesz ocenę” i wrócić do myślenia o ocenianiu jako narzędziu rozwoju, a nie przymusu.